poniedziałek, 2 lutego 2015

Rozdział 8

Febrero 2017, Madrid; Espana


Jeśli ktoś myślał, że futbol jest jedną z rzeczy przewidywalnych, bardzo grubo się mylił. Real po świetnym zakończeniu ubiegłego roku, bieżący zaczął niemal katastrofalnie. Forma ma to do siebie, że raz jest, a raz jej nie ma. Drużyna Zidane'a z pewnością teraz jej nie miała. Spośród 3 meczy rozegranych w styczniu jeden fartem zremisowała, by dwa następne przegrać, i to nie z potęgami, a z - nie ubliżając nikomu - średniakami, wręcz można by rzec drużynami słabymi.Mało tego, gra była tragiczna, a w sumie to ciężko ją oceniać, biorąc pod uwagę fakt że posiadanie piłki w meczu z Almerią rozłożyło się niemal po połowie, z delikatną przewagą dla tych drugich właśnie. A luty jak to luty, był miesiącem wielkiego powrotu Ligi Mistrzów. Zidane musiał coś zrobić. Wiedział, że Liga będzie cholernie ciężka biorąc pod uwagę 8 punktową stratę do Barcelony, toteż musiał ratować Champions League.
- Alisha - krzyknął, przemierzając ciemny korytarz. - Alisha - powtórzył, stwierdzając, że nie usłyszała. Zatrzymała się i odwróciła w jego kierunku. Najwyraźniej szła do swojego pokoju bo w rękach tradycyjnie dzierżyła kawę, a pod pachą stos papierów.
- Tak?
- Musisz z nimi porozmawiać. Wiem, że nie jesteś psychologiem, ale wiem też, że większość z nich lata do ciebie z każdą pierdołą bo ufają ci jak nikomu innemu. Ligę stracili, Ligi Mistrzów nie oddam, już na pewno nie tym czerwonym hienom - powiedział z wyraźną zaciętością ostatnie słowa. Alisha mimowolnie się roześmiała. Skoro Zizou jest wściekły, sprawa naprawdę musi być poważna.
- Ale ja tu chyba nic nie zdziałam. To, że powiem Ozilowi, że Amanda jest zdecydowanie lepszą opcją imienną dla noworodka niż Granada raczej w niczym nie pomoże.
 - U Ozila akurat nie jest tak źle. Ale Ramos, Hazard, Jese, Marcelo, Carvajal? Grają gorzej niż Zawisza Bydgoszcz.
- Niż co? - spytała podnosząc usta z nad parującego kubka.
- Nic, nieważne, taki polski zespół. Nie wiem, spytaj, zagadaj, doradź jakoś, dowiedz się czy mają jakieś problemy. Może prywatne, a może to znowu jakieś dymy w szatni. Może to kwestia motywacji, sam już nie wiem.
- Dobra, postaram się.
- Z góry dziękuję. Jak przegramy z tymi paziami to nas brukowce rozszarpią.


- A więc - zaczęła wpatrując się w zaskoczoną minę Hazarda. Siedział wygodnie oparty o krzesełko ze skrzyżowanymi rękami i nogami. Mimo, że ich stosunki od pewnego czasu uległy wyraźnemu ochłodzeniu, wyraźnie kokietował ją spojrzeniem. - Masz jakiś problem?
- Słucham? - spytał, chyba naprawdę zaskoczony. Niemożliwe, że nie wiedział po co są przeprowadzane te rozmowy. Ozil na pewno puścił już farbę. Co z tego, że akurat Niemiec w owych rozmowach brać udziału nie musiał. Stwierdził, że on też ma pilną potrzebę porozmawiania. Znalazł się w gabinecie Alishi jako pierwszy. Teraz jednak byli sami. On i Ona. Hazard i Alisha.
- Gra ci ostatnio nie idzie...
- Nie idzie wszystkim - przerwał jej.
- Tobie szczególnie - powiedziała, przeglądając jego styczniowe statystyki pomeczowe i analizy.
- Mam problem - powiedział i na chwilę zapadła cisza. - Jest wyjątkowo piękny i tajemniczy. Nie potrafię go rozgryźć. Właściwie to jej. Wydaje mi się, że w coś gra - dokończył, a przez jego twarz przemknął ledwie zauważalny uśmieszek. Ona jednak zdołała go wychwycić.
- Hazard - powiedziała głośniej niż zamierzała i z hukiem zamknęła segregator z jego nazwiskiem. - Nie zgrywaj wielkiego cwaniaka, obydwoje wiemy, że nim nie jesteś. To, że robisz swoją żonę na boku nie czyni z ciebie jakiegoś pierdolonego przywódcy stada.
- Robię, bo ona robi dokładnie to samo - powiedział bez emocji. - A ty mi raz w tym pomogłaś i przyznam, że naprawdę nie wiem co takiego się zdarzyło i co tak pogorszyło nasze stosunki. Było mi dobrze i wiem, że tobie też. Było po prostu miło.
- Było - powiedziała, prostując się i też opadła na oparcie swojego siedzenia, już wyraźnie bardziej rozluźniona. - Ale takie rzeczy trzeba doceniać, jeden raz może się już nigdy więcej nie powtórzyć.
- Doceniam, nawet nie wiesz jak - powiedział, znowu ze swoim charakterystycznym uśmiechem. - Powiedz mi, proszę, tylko tak szczerze, w co ty grasz, co ty chcesz osiągnąć?
- Nic, wszystko co chciałam w swoim życiu osiągnąć jest moje. Człowiek sukcesu - przygryzła delikatnie skuwkę czarnego pióra.
- O co chodzi z Crisem? - patrzył na nią uważnie, by zarejestrować jej reakcję. Pech chciał, że w niektórych momentach była kobietą-skałą. Zupełnie nie dało się odczytać i zinterpretować jej emocji. - Dlaczego w jego obecności zachowujesz się tak, jak byśmy nadal utrzymywali ze sobą kontakty, mimo, że tak nie jest? Nie wiem, czy zdajesz sobie z tego sprawę, ale dwóch facetów w jednej szatani, myślących o jednej kobiecie nie wróży niczego dobrego. Jeden element tutaj nie pasuje. Nie przepadam za nim, bo nasze relacje od początku nie ułożyły się pomyślnie, ale chciałbym to załagodzić, naprawdę zależy mi na grze tutaj, na tej drużynie. A ty mi to utrudniasz.
- Proszę proszę - powiedziała z satysfakcją. - Jeżeli się postarasz, robisz się naprawdę wylewny.
- Wiesz co jest naszym głównym problemem? - znowu niemal jej przerwał. - Ty.
Na chwilę zapadła wręcz krępująca cisza.
- Wyjdź - powiedziała twardo. - Spierdalaj stąd.
- Spokojnie - powiedział, wstając. - Taki miałem zamiar.


- W trakcie ostatnich trzech meczów zanotowałeś 2 odbiory - powiedziała swobodnie Alisha i zerknęła na siedzącego przed nią Ramosa.
- Niemożliwe - powiedział i zmaterializował się za jej ramieniem, coby zerknąć w te z pewnością wadliwe statystyki. - Coś pomylili - stwierdził pewnie i wrócił na swoje krzesło.
- Nie Sergio, nie pomylili. Grasz ostatnimi czasy jak... - miała dokończyć ale przypomniało jej się, że jest w pracy, a tu mimo wszystko obowiązuje profesjonalizm. - No, Sergio, nie idzie ci.
- Z Arsenalem będę jak drugi Cannavaro, zobaczysz.
- No dobra. Weź się w garść, bo Varane miejsca nie odda, a Kepler ostatnimi czasy jest naprawdę w życiowej formie i dłużej ławki grzał nie będzie.
- Spokojnie - powiedział i przymknął lewe oko. - Będzie dobrze.
W tym momencie drzwi otworzyły się z hukiem i pojawił się w nich nikt inny, jak Cristiano we własnej osobie.
- W Anglii musimy... - zaczął, ale jeszcze szybciej skończył po zlokalizowaniu Sergio. - Ramos? Co ty tu robisz? Wyjazd stąd.
- Co w Anglii musimy? - podchwycił Hiszpan. Z biegiem lat robiła się z niego plotkara na miarę Ozila.
- Gówno, wypierdalaj stąd. Benzema ci skasował samochód na parkingu.
- Co ty gadasz? - spytał powoli nieufnie, by potem spoglądając coraz dłużej na Ronaldo stwierdzić, że coś jest na rzeczy. - No nie pierdol, że wąż ma kolana - rzucił przez ramię i popędził w kierunku wyjścia.
- Dobre, dobre - zaśmiała się Alisha znowu przygryzając skuwkę. - Co z tą Anglią?
Podszedł do niej od tyłu i oparł dłonie o biurko tak, że znalazła się między jego ramionami.
- Jutro wieczorem zaczyna się zgrupowanie przed Arsenalem. Jedziemy dwa dni wcześniej, żeby się zaaklimatyzować i takie tam. Pomyślałem sobie, że...
- Że? - przekręciła się tak, że ich twarz dzieliły od siebie milimetry. Cristiano delikatnie się uśmiechnął. Uwielbiał w niej właśnie to. To prowokowanie, z jednej strony zdawać się mogło, że zupełnie nieświadomie, a z drugiej, znał ją na tyle dobrze, że wiedział, że robiła to specjalnie. Doskonale zdawała sobie sprawę z tego, jak działa na mężczyzn, a w szczególności na niego.
- Że wynajmiemy sobie osobny pokój w hotelu.
Alisha uniosła brwi do góry.
- Żartujesz? Ja tam będę w pracy, zresztą nie inaczej jest w twoim przypadku. Nie ma mowy. Zresztą to zabronione.
- Przy tobie mam ochotę, złamać wszystkie zasady - powiedział wprost do jej ucha.
- Tak? - uśmiechnęła się kokieteryjnie. - Przykro mi, ale ja się na to nie piszę.
- No dobra - powiedział i cmoknął ją w usta. - Zobaczymy.


Tego dnia spała wyjątkowo niespokojnie. Przez całą noc dręczyły ją dziwne koszmary. Dziwne, bo bardzo niejasne, mgliste. Czegoś się w nich bała, cierpiała, ktoś na nią krzyczał, a w pewnym momencie zaczynała śmiać się temu komuś w twarz. Wyjątkowo histeryczny śmiech, straszny. A potem pojawiał się Cristiano, wiedziała, że to on. Był jedyną postacią, którą widziała w tym śnie tak wyraźnie. Obudziła się i gwałtownie usiadła na łóżku. Poczuła kropelkę potu powolnie spływającą po czole. Już trzeci raz dzisiejszej nocy przyśniło jej się dokładnie to samo.


- Zaparkowała swoje audi obok samochodu Benzemy. Wiedziała, że to ryzykowne, ale nie było czasu na szukanie innego miejsca. Do wylotu samolotu pozostały dokładnie 23 minuty. Założyła na nos ciemne okulary, wzięła torebkę i wysiadła. Była niewyspana, a okulary zawsze idealnie sprawdzały się w takich sytuacjach.
- Hej - krzyknął za nią czyjś głos, gdy znalazła się już prawie przy wejściu. Odwróciła się w tym samym momencie. Dani Carvajal.
- O jak dobrze - powiedziała z ulgą.- Myślałam, że jestem ostatnia. Widziałeś gdzieś Pereza? Bardzo jest zły? Trochę się spóźniłam.
- Musimy porozmawiać - powiedział poważnie. Od rana zbierało się na deszcz i właśnie w tym momencie obydwoje poczuli chłodne krople wody spadające z nieba. Obydwoje bez słów weszli do środka halu i stanęli przy drzwiach.
- Co? O czym? Co się stało?
- Gadałem wczoraj z Edenem - powiedział tak, jakby to miało wszystko wyjaśniać.
- Wstrząsające - spojrzała na niego wyraźnie podenerwowana. - I co, może się zaprzyjaźniliście?
- Ty nie żartowałaś, wtedy na imprezie u Ramosa, ty naprawdę...
- Rób co chcesz, ale ja idę. Nie mam zamiaru się spóźnić - powiedziała i odeszła. Do tej pory naprawdę utrzymywała z Danim bardzo dobre relację. Nie chciała tego zmieniać, ale chyba nie miała już na to żadnego wpływu.